mundial w najlepsze, przy okazji burza związana z wyborami, a ja mam to gdzieś(no i, nie ukrywajmy - zawsze miałam) i korzystam z ostatnich dni wolności - został mi już tylko jeden. przy okazji korzystam także z pięknej pogody i słońca, a także wysprzątałam mieszkanie, co w sumie na długi czas odebrało mi energię życiową i nie poszłam na leczniczy dla duszy spacerek z pieseczkami, a właściwie dwa, bo z każdym - oddzielnie. jutro zamierzam się na maksa relaksować, wylegiwać i lenić, no i - zbierać siły. jednak jestem prostym człowiekiem(którego tylko dziwni ludzie mają za skomplikowanego) - kurewsko się boję. że sobię nie poradzę. że mnie zaraz wywalą. że zrobię złe wrażenie. że któregoś pięknego dnia poddam sie w końcu potrzebie snu i będę musiała się gęsto tłumaczyć. że rozboli brzuszek, paluszek lub główka. że wszystko będzie nie tak... ok, bez takich. ale naprawdę - w środku się motywuję, walcze ze starym porządkiem, w którym poranek zaczynał się, kiedy po prostu otworzyłam oczy, albo nawet kilka godzin później. jak zwykle, gdy chodzi o codzienność - boję się, że nie spełnie czyiś oczekiwań, albo zgubię gdzieś po drodze sens i wiarę w to, że moje decyzje były dobre. ale póki co staram się wierzyć, że ze wszystkim sobie poradzę i w końcu będę z siebie dumna. zresztą - czy mam jakieś inne wyjście??
w końcu nie jestem jeszcze tak, na maksa straconej pozycji. na sukcesy napewno przyjdze czas, choć obserwując ludzi wokół - mało, kto je odnosi. jednak moja, jeszcze - dziecięca - choć już nie nastoletnia - naiwność podpowiada mi, że chcieć to móc.
trzeba tylko pokochać swoją samotność - już nie mój chłopak, koleżanka, kolega, mama, tata, kot - tylko - ja. ja, sama, choćbym nie wiem jak wielu miałabym wokół siebie życzliwych bądź nie osób. wszystko tylko ode mnie zależy - mnie, samej.
koleżanki, koledzy i inni tacy zresztą ukształtował upływający czas, pewnie bardziej niżby wszyscy sobie tego życzyli. ale życie. te, którym zazdrościłam super-zajebistych związków, które podziwiałam za zasady, przekreślają je wielokrotnymi zdradami, z nudów, z nieporozumień, niedomówień lub z powodu dawni wygasłego uczucia. nieważne, zresztą. teraz wiem, że nie zazdrościłam im ich związków, tylko tego, że w ogóle z kimś były, bo miałam wtedy 16 lat. właśnie tak - to wszystko się zmienia. cierpiałam miesiącami kiedyś i wyłam z samotności, a dziś to sobie cenię, bo miałam okazję stworzyć własną perspektywę widzenia świata, przeżyć to co przeżyłam - sama, dotknąć własnych granic( a nie jakiś wspólnych), nienawidziłam siebie, a dziś dobrze się ze sobą czuję - te kilka osób w życiu nie jest mi kompletnie niezbędnych. ktoś obok nie jest tylko po to by podbudować ego lub pokazać się na mieście. jest czymś... o wiele ważniejszym i zupełnie innym.
ja to wiem, że byłam dzieckiem oczekiwanym - pomimo wątpliwości, nastoletniości, która była dość burzliwa, i chwilami nawet przykra. moi rodzice na mnie czekali. nie wyobrażam sobie myśli czy nawet szeptu podświadomości, że moje istnienie jest przez przypadek. dlatego przeraża mnie liczba dzieci w moim otoczeniu - matek 17,18,19,20... letnich. wcale nie bulwersuje, choć niedługo nie będę miała z kim napić się wódki, bo wszyscy będą karmić piersią. macierzyństwo to chyba jakieś 5 lub 6 wymiar rzeczywistości, albo i lepiej jak dla mnie. przy tym to nawet ranne wstawanie, dyspozycyjność i praca wydają się mieć mało wspólnego z odpowiedzialnością. i - "muszę" - też brzmi trochę inaczej. przy pierwszym i drugim dzidzi chyba nawet obudził się mój biologiczny zegar, bo zazdrościłam tej intymnej więzi z dzieckiem moim koleżanką. ale już przy czwartym i piątym przestałam się ekscytować kwestią czy to chłopiec czy dziewczynka i ten zegar - miejmy nadzieję, że na długo - zasnął. i wcale nie chodzi o to, że już nie lubię dzieci. lubię, i chciałabym wiedzieć, że wyrosną z nich ludzie dobrzy, którzy nie będą ranić wszystkich dookoła, jak leci. że będą kochać siebie, a nie zastanawiać się jak bardzo rodzice byli najebani, w momencie, gdy powstawało.
wcale nie oceniam nikogo ani nie krytykuje i nie narzekam - to w końcu nie moje życie i nie moja młodość. naprawdę podziwiam wszystkie młode dziewczyny, które w takiej sytuacji potrafią dać sobie radę, odnaleźć się w roli matki i znaleźć sobie miejsce w życiu; bo myślę, że sama byłabym nie tylko zagubiona, ale i zdezorientowana, niepewna jutra.
no i mamy środek nocy - idę spać, w nadziei, że będę kiedyś miała wspaniałe dzieci, z zajebistym facetem, że będę znała ich imiona na długo przed tym zanim się pojawią i, że kiedyś będę na to gotowa. bo swoje wejście smoka w dorosłość wyobrażam sobie całkiem inaczej