ekhm.


godz: 20:08 data: 2012.04.26

.

Komentuj(0)

ZAGŁOSUJ NA MNIE W RANKINGU EBLOG.PL
klik klik




śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą, zostają po nich...


godz: 23:27 data: 2011.06.24

śmierć bliskiej osoby, czy też może nawet śmierć kogokolwiek kogo się znało przypomina zawsze o tym jak mało mamy czasu. już nie chodzi nawet o to, by cieszyć się chwilą czy przeżyć, a nie przebiec to życie, tylko o zwykłą pauzę. nagle świat staje, choć dalej się kręci, ale coś zmusza nas do zastanowienia się - po co tak pędzić i ile się tracimy.
mamy wokół ludzi, których dostrzehamy dopiero, kiedy nic nie da się już odwrócić, cofnąć. moje wspomnienia to lekko wysłużona choinka i opowieści z podróży po świecie. wiele pytań, które mam nigdy nie padło i nigdy nie dostanę na nie odpowiedzi, a przecież miałam tak blisko osobę, która była wspaniałym człowiekiem, widziała poł świata i miała tyle do opowiedzenia na wiele tematów. żałuję, że wtedy nie mogłam znaleźć czasu, aby się dowiedzieć tego wszystkiego, co teraz chciałabym wiedzieć. że mam tak mało wspomnień.
większość mojej rodziny to dla mnie bohaterzy. nie bali się umierać, za coś w, co wierzyli. większości nie miałam okazji poznać, wiele historii zabrali ze sobą gdzieś, gdzie są i nikt mi już ich nie opowie,
po prostu był Ktoś i już Go nie ma i nie będzie. nigdy więcej nie uśmiechnie się, nie zażartuje.
mam pustkę w sercu, bo mogłam zrobić tak wiele, a nie zrobiłam nic. pozostaje żal. wcale nie, o to, że nikt nie żyje wiecznie, tylko o to, że zmarnowałam czas, który był nam dany razem.
mimo to
dziękuje Dziadku, że byłeś kimś wielkim, z kogo moge być dumna i przepraszam.

Komentuj(0)

ZAGŁOSUJ NA MNIE W RANKINGU EBLOG.PL
klik klik




"w życiu musisz zrobić tylko dwie rzeczy - umrzeć i żyć dopóki nie umrzesz, a resztę sobie wymyślasz"


godz: 01:35 data: 2010.10.1

z każdym kolejnym dniem dochodzę do wniosku, że chyba mam permanentnego pecha. pecha, na maksa, i już. takiego, na którego żadne działania nie pomagają.
zawsze się zastanawiałam - jak to się dzieje, że przecież każdy ma plany jakieś, a jeśli nie to chociaż nadzieję, a tyle jest osób biednych, bezdomnych, których życie zamieniło się w walkę o przetrwanie, kompletnie bez żadnej przyszłości, planów i nadziei? już nawet tak bez szukania sensu czy głębszego celu, może po prostu im nie wyszło? a może po prostu zwalił im się cały świat, wszystkie jego kawałeczki po kolei na głowę? sama nie wiem...

w bajkach, komediach i filmach obyczajowych zawsze wszystko dobrze się kończy i jak w coś wierzysz to nawet cały wszechświat i nieskończoność kosmosu może być przeciwko Tobie, a Ty i tak masz dobry humor i zdobywasz kolejny szczyt. i czy prawdziwe życie jest gdzieś obok czy po prostu naprawdę jestem pechowcem...?
ostatnie miesiące to tylko i wyłącznie ciężka praca w pracy, nad sobą, w szkole, a i tak nic nie wychodzi. nic się nie zmienia. kompletnie. brak czasu już mnie tak nie męczy, ale brak pewności, że w końcu będzie inaczej - tak. nie da się przecież wygrać z czasem, z losem, ze zdrowiem...

czuję się jak w jakiejś pułapce i tylko czekam na kolejną złą wiadomość - zaczynam się przyzwyczajać i mieć pewność, że żadne dobre nie nadejdą, niezależnie od tego, co zrobię, a tak szczerze - mam ochotę nie robić kompletnie nic. albo inaczej - nie mam pojęcia, co ze sobą jeszcze zrobić. wszystko wokół mnie dzieję się samo i jestem kompletnie bezradna. mam wrażenie, że także całkiem sama, bo inni gdzieś się po drodze zapodziali.

Komentuj(1)

ZAGŁOSUJ NA MNIE W RANKINGU EBLOG.PL
klik klik




gdzieś na bakier ze szczęściem, pod rękę z radością


godz: 15:27 data: 2010.08.8

dni zbyt szybko płyną, uciekają... zasypiam wcześnie, a rano zostają tylko sny, których i tak później nie pamiętam. nie przywiązuję do nich większej wagi, bo przecież najważniejsze jest tu i teraz.
tu i teraz - no, właśnie. nie mam marzeń. chciałabym, żeby było dobrze - właśnie za każdym razem tu i teraz, żeby moje życie było dobre, żebym nie musiała się nigdy niczego więcej wstydzić i niczego nie żałować. chciałabym być szczęśliwa, przynajmniej na swój sposób - i nie martwić się o wszystko dookoła, czy przeżyję do końca miesiąca i za co.
podobno marzenia są bardzo ważne. tak samo jak nadzieja. w marzeniami podobno można puścić wodze wyobraźni, można wszystko. tylko po co zamykać oczy i udawać, że żyje się w innym świecie? kiedyś chciałam uciec jak najdalej, ale już wiem, że co mnie nie zabije to mnie wzmocni. i właściwie może być dobrze, w miejscu i czasie, w którym się jest. naprawdę już nie potrzebuję nadprzyrodzonych zdolności - latania wysoko, skakania z chmurki na chmurkę, znikania i zatrzymywania i cofania czasu. ludzie nigdy nie będą tacy jacy bym chciała, żeby byli. większość mówi zupełnie innym językiem - jakby byli z zupełnie innej planety, albo w ogóle wszechświata. nic na to nie poradzę. nie mam zamiaru nic z tym robić. ani zastanawiać się - jak to będzie za 5 czy 10 lat. marzenia chyba nie są dla mnie, chociaż... marzy mi się szalony galop po rozgrzanym piasku przy zachodzącym słońcu na wielkim czarnym koniu, z rozwianymi włosami i w ogóle.
ale do tego nie potrzebuję wcale dobrej wróżki. czy czegoś w tym stylu - nie chcę nic, czego nie mogłabym osiągnąć, zrobić sama - i to jest zajebiste, chcieć czegoś, co jest lub za chwilę będzie - na wyciągnięcie ręki.

Komentuj(1)

ZAGŁOSUJ NA MNIE W RANKINGU EBLOG.PL
klik klik




niebezpieczne związki


godz: 00:55 data: 2010.07.22

zastanawiam się jak to jest, że ludzie się dobierają w pary - na zasadzie przeciwieństw, podobieństw czy może przypadku? w sumie nie obchodzi mnie to, ale jak My się znaleźliśmy... to dla mnie niepojęte. ze zdumieniem odkrywam, że ja wole białe, a On czarne, innego dnia - znów odwrotnie. On chodzi z głową w chmurach, ja nauczyłam się w końcu nie zapominać i pamiętać o wszystkim. choć może zawsze pamiętałam, tylko nie chciałam. On jak dziecko we mgle, a ja muszę sobie radzić sama i ze zdumieniem odkrywam w sobie siłę na to wszystko, co mi się przytrafia. ja nigdy nie wygrałam nawet lizaka, On już dwa razy w totka. ja chcę prostokątne lustro do przedpokoju, On koniecznie okrągłe. rzeczy, na które on nie zwraca uwagi są szczegółami, w których według mnie tkwi diabeł i doprowadzają mnie do histerii. On zagubiony w życiu, a ja świetnie lub mniej świetnie, ale zawsze dość zoorganizowana, choć zazwyczaj spóźniona. ja kocham matematykę, On polski, a z matmy nie zdał. ja myślę wciąż, analizuję wszystko dookoła, obserwuję i mam milion odpowiedzi, a On mnie ciągle pyta : dlaczego? po co? jak?
jak to się stało, że my się jeszcze nie pozabijaliśmy? i co to za tajemnicza siła rządzi ludźmi i ich uczuciami? śmieję się z tego czasem, z różnicy poglądów, podejścia do życia, świata, do ludzi - i z przyzwyczajenia zdarza mi się zajmować, skoto już jakieś muszę, stanowisko zupełnie przeciwne. czasem też płaczę z bezsilności i niezrozumienia.
a mimo wszystko dobrze jest jak jest.

Komentuj(1)

ZAGŁOSUJ NA MNIE W RANKINGU EBLOG.PL
klik klik




to czas plus obietnice, zawsze z nimi przegrywałam


godz: 23:35 data: 2010.07.10

tyle mnie tutaj, tyle wspomnień, kawałeczków ulotnych chwil. przez te kilka lat nauczyłam się być twarda, chyba tak jak skała. nauczyłam się też płakać, od czasu do czasu, i to tak do ostatniej łzy. także budzić się następnego ranka z bolącymi oczami i pokonywań ten następny dzień.
iść do przodu.
to strasznie trudne i ja znów jestem chora. staram się odrzucać od siebie myśl, że wszystko jest przeciwko mnie. ale to, kurwa, też trudne. na poniedziałek muszę postawić się na nogi, najbliższe dni będą hardkorem, a ja ledwo oddycham. poległam na łóżku i ciało odmówiło na maksa posłuszeństwa. jestem niewypłacalna, a muszę wyczarować kasę na studia. czasem nie widzę w tym sensu, przetrwanie kolejnych tygodni to często walka. ładniej brzmi wyzwanie, ale czasem tracę siłę i zaszywam się gdzieś w kącie i myślę, że u mnie wszystko musi być nie tak. to prawda - nie można mieć wszystkiego, ale jak poradzić sobie ze świadomością, że poza jedną osobą na świecie nie ma się nic więcej.
mój świat, który był kiedyś rozpłynął się gdzieś w powietrzu i nie ma po nim śladu. nie ma nic. mam ochotę to wszystko jebnąć gdzieś, ale nie mam nawet gdzie uciec. mam tylko nadzieję, że za kilka miesięcy odetchnę sobie ze spokojem i powiem - uf, przetrwałam. no i w końcu - mogło być gorzej.... chociaż nie jestem w stanie sobie dziś wyobrazić tego "gorzej" i nie chcę o tym myśleć.
gdzieś, kiedyś przeczytałam, a propo reinkarnacji, że ludzie z wieloma słabościami to takie młodsze dusze, te starsze dużo lepiej sobie radzą w życiu - w dużym skrócie. ja chyba w takim razie jestem tą młodszą, choć często czuję się jakbym była bardzo stara, ale to pewnie przez sumę przeżyć. mi się ciągle życie sypie, i nie jestem w stanie tego ogarnąć. reaguje zazwyczaj najprościej jak się da - przyczajenie albo atak. to takie pierwotne instynkty, nad którymi nie panuję i nie zastanawiam się, a później wychodzi jak wychodzi. dzisiaj to jest przyczajenie. cichy krzyk gdzieś w środku i nieprzespana noc.
a gdybym miała urodzić się na nowo, to nie chciałabym. bić się ze sobą od nowa. już chyba wolę chodzić do pracy, nawet chora. no, bo zobaczyć świat po raz pierwszy od nowa, nie wiedzieć o co chodzi przez długi czas, a później pieprzyć się z nauką mówienia, chodzenia, tymi wszystkimi przedszkolami i szkołami i ludźmi w nich. chyba takie już to życie, że zawsze jest pod górkę... i wszędzie czają się brzydkie niespodzianki.
tylko usiąść i płakać, ale, kurwa, nawet na to czasu brak.

Komentuj(2)

ZAGŁOSUJ NA MNIE W RANKINGU EBLOG.PL
klik klik




to czas plus obietnice, zawsze z nimi przegrywałam


godz: 23:04 data: 2010.07.10

tyle mnie tutaj, tyle wspomnień, kawałeczków ulotnych chwil. przez te kilka lat nauczyłam się być twarda, chyba tak jak skała. nauczyłam się też płakać, od czasu do czasu, i to tak do ostatniej łzy. także budzić się następnego ranka z bolącymi oczami i pokonywań ten następny dzień.
iść do przodu.
to strasznie trudne i ja znów jestem chora. staram się odrzucać od siebie myśl, że wszystko jest przeciwko mnie. ale to, kurwa, też trudne. na poniedziałek muszę postawić się na nogi, najbliższe dni będą hardkorem, a ja ledwo oddycham. poległam na łóżku i ciało odmówiło na maksa posłuszeństwa. jestem niewypłacalna, a muszę wyczarować kasę na studia. czasem nie widzę w tym sensu, przetrwanie kolejnych tygodni to często walka. ładniej brzmi wyzwanie, ale czasem tracę siłę i zaszywam się gdzieś w kącie i myślę, że u mnie wszystko musi być nie tak. to prawda - nie można mieć wszystkiego, ale jak poradzić sobie ze świadomością, że poza jedną osobą na świecie nie ma się nic więcej.
mój świat, który był kiedyś rozpłynął się gdzieś w powietrzu i nie ma po nim śladu. nie ma nic. mam ochotę to wszystko jebnąć gdzieś, ale nie mam nawet gdzie uciec. mam tylko nadzieję, że za kilka miesięcy odetchnę sobie ze spokojem i powiem - uf, przetrwałam. no i w końcu - mogło być gorzej.... chociaż nie jestem w stanie sobie dziś wyobrazić tego "gorzej" i nie chcę o tym myśleć.
gdzieś, kiedyś przeczytałam, a propo reinkarnacji, że ludzie z wieloma słabościami to takie młodsze dusze, te starsze dużo lepiej sobie radzą w życiu - w dużym skrócie. ja chyba w takim razie jestem tą młodszą, choć często czuję się jakbym była bardzo stara, ale to pewnie przez sumę przeżyć. mi się ciągle życie sypie, i nie jestem w stanie tego ogarnąć. reaguje zazwyczaj najprościej jak się da - przyczajenie albo atak. to takie pierwotne instynkty, nad którymi nie panuję i nie zastanawiam się, a później wychodzi jak wychodzi. dzisiaj to jest przyczajenie. cichy krzyk gdzieś w środku i nieprzespana noc.
a gdybym miała urodzić się na nowo, to nie chciałabym. bić się ze sobą od nowa. już chyba wolę chodzić do pracy, nawet chora. no, bo zobaczyć świat po raz pierwszy od nowa, nie wiedzieć o co chodzi przez długi czas, a później pieprzyć się z nauką mówienia, chodzenia, tymi wszystkimi przedszkolami i szkołami i ludźmi w nich. chyba takie już to życie, że zawsze jest pod górkę... i wszędzie czają się brzydkie niespodzianki.
tylko usiąść i płakać, ale, kurwa, nawet na to czasu brak.

Komentuj(0)

ZAGŁOSUJ NA MNIE W RANKINGU EBLOG.PL
klik klik




spać!


godz: 21:49 data: 2010.07.7

24 godziny to za mało. nic się nie da konkretnego zrobić, nic pomyśleć, nic napisać.
jeszcze, żeby pospać z 5 godzin. ale znów o piątej trzeba wstać i biec do pociągów, tramwajów, autobusów i przez miasto.
wszędzie jestem i w sumie nigdzie mnie nie ma.

no i myśl na dziś: ludzie są bez kitu - różni, naj różniejsi i najnajnajróżniejsi. czasem nie sposób ich zrozumieć i można się tylko zastanawiać co oni mają w głowie. chyba trzeba się z tym pogodzić, skoro już nic się nie da zrobić.
dobranoc.

Komentuj(1)

ZAGŁOSUJ NA MNIE W RANKINGU EBLOG.PL
klik klik




kolorowe sny - rozwieje wiatr, zatrze czas


godz: 01:04 data: 2010.06.29

mundial w najlepsze, przy okazji burza związana z wyborami, a ja mam to gdzieś(no i, nie ukrywajmy - zawsze miałam) i korzystam z ostatnich dni wolności - został mi już tylko jeden. przy okazji korzystam także z pięknej pogody i słońca, a także wysprzątałam mieszkanie, co w sumie na długi czas odebrało mi energię życiową i nie poszłam na leczniczy dla duszy spacerek z pieseczkami, a właściwie dwa, bo z każdym - oddzielnie. jutro zamierzam się na maksa relaksować, wylegiwać i lenić, no i - zbierać siły. jednak jestem prostym człowiekiem(którego tylko dziwni ludzie mają za skomplikowanego) - kurewsko się boję. że sobię nie poradzę. że mnie zaraz wywalą. że zrobię złe wrażenie. że któregoś pięknego dnia poddam sie w końcu potrzebie snu i będę musiała się gęsto tłumaczyć. że rozboli brzuszek, paluszek lub główka. że wszystko będzie nie tak... ok, bez takich. ale naprawdę - w środku się motywuję, walcze ze starym porządkiem, w którym poranek zaczynał się, kiedy po prostu otworzyłam oczy, albo nawet kilka godzin później. jak zwykle, gdy chodzi o codzienność - boję się, że nie spełnie czyiś oczekiwań, albo zgubię gdzieś po drodze sens i wiarę w to, że moje decyzje były dobre. ale póki co staram się wierzyć, że ze wszystkim sobie poradzę i w końcu będę z siebie dumna. zresztą - czy mam jakieś inne wyjście??
w końcu nie jestem jeszcze tak, na maksa straconej pozycji. na sukcesy napewno przyjdze czas, choć obserwując ludzi wokół - mało, kto je odnosi. jednak moja, jeszcze - dziecięca - choć już nie nastoletnia - naiwność podpowiada mi, że chcieć to móc.
trzeba tylko pokochać swoją samotność - już nie mój chłopak, koleżanka, kolega, mama, tata, kot - tylko - ja. ja, sama, choćbym nie wiem jak wielu miałabym wokół siebie życzliwych bądź nie osób. wszystko tylko ode mnie zależy - mnie, samej.
koleżanki, koledzy i inni tacy zresztą ukształtował upływający czas, pewnie bardziej niżby wszyscy sobie tego życzyli. ale życie. te, którym zazdrościłam super-zajebistych związków, które podziwiałam za zasady, przekreślają je wielokrotnymi zdradami, z nudów, z nieporozumień, niedomówień lub z powodu dawni wygasłego uczucia. nieważne, zresztą. teraz wiem, że nie zazdrościłam im ich związków, tylko tego, że w ogóle z kimś były, bo miałam wtedy 16 lat. właśnie tak - to wszystko się zmienia. cierpiałam miesiącami kiedyś i wyłam z samotności, a dziś to sobie cenię, bo miałam okazję stworzyć własną perspektywę widzenia świata, przeżyć to co przeżyłam - sama, dotknąć własnych granic( a nie jakiś wspólnych), nienawidziłam siebie, a dziś dobrze się ze sobą czuję - te kilka osób w życiu nie jest mi kompletnie niezbędnych. ktoś obok nie jest tylko po to by podbudować ego lub pokazać się na mieście. jest czymś... o wiele ważniejszym i zupełnie innym.
ja to wiem, że byłam dzieckiem oczekiwanym - pomimo wątpliwości, nastoletniości, która była dość burzliwa, i chwilami nawet przykra. moi rodzice na mnie czekali. nie wyobrażam sobie myśli czy nawet szeptu podświadomości, że moje istnienie jest przez przypadek. dlatego przeraża mnie liczba dzieci w moim otoczeniu - matek 17,18,19,20... letnich. wcale nie bulwersuje, choć niedługo nie będę miała z kim napić się wódki, bo wszyscy będą karmić piersią. macierzyństwo to chyba jakieś 5 lub 6 wymiar rzeczywistości, albo i lepiej jak dla mnie. przy tym to nawet ranne wstawanie, dyspozycyjność i praca wydają się mieć mało wspólnego z odpowiedzialnością. i - "muszę" - też brzmi trochę inaczej. przy pierwszym i drugim dzidzi chyba nawet obudził się mój biologiczny zegar, bo zazdrościłam tej intymnej więzi z dzieckiem moim koleżanką. ale już przy czwartym i piątym przestałam się ekscytować kwestią czy to chłopiec czy dziewczynka i ten zegar - miejmy nadzieję, że na długo - zasnął. i wcale nie chodzi o to, że już nie lubię dzieci. lubię, i chciałabym wiedzieć, że wyrosną z nich ludzie dobrzy, którzy nie będą ranić wszystkich dookoła, jak leci. że będą kochać siebie, a nie zastanawiać się jak bardzo rodzice byli najebani, w momencie, gdy powstawało.
wcale nie oceniam nikogo ani nie krytykuje i nie narzekam - to w końcu nie moje życie i nie moja młodość. naprawdę podziwiam wszystkie młode dziewczyny, które w takiej sytuacji potrafią dać sobie radę, odnaleźć się w roli matki i znaleźć sobie miejsce w życiu; bo myślę, że sama byłabym nie tylko zagubiona, ale i zdezorientowana, niepewna jutra.

no i mamy środek nocy - idę spać, w nadziei, że będę kiedyś miała wspaniałe dzieci, z zajebistym facetem, że będę znała ich imiona na długo przed tym zanim się pojawią i, że kiedyś będę na to gotowa. bo swoje wejście smoka w dorosłość wyobrażam sobie całkiem inaczej

Komentuj(0)

ZAGŁOSUJ NA MNIE W RANKINGU EBLOG.PL
klik klik




kolorowe sny - rozwieje wiatr, zatrze czas


godz: 23:42 data: 2010.06.28

mundial w najlepsze, przy okazji burza związana z wyborami, a ja mam to gdzieś(no i, nie ukrywajmy - zawsze miałam) i korzystam z ostatnich dni wolności - został mi już tylko jeden. przy okazji korzystam także z pięknej pogody i słońca, a także wysprzątałam mieszkanie, co w sumie na długi czas odebrało mi energię życiową i nie poszłam na leczniczy dla duszy spacerek z pieseczkami, a właściwie dwa, bo z każdym - oddzielnie. jutro zamierzam się na maksa relaksować, wylegiwać i lenić, no i - zbierać siły. jednak jestem prostym człowiekiem(którego tylko dziwni ludzie mają za skomplikowanego) - kurewsko się boję. że sobię nie poradzę. że mnie zaraz wywalą. że zrobię złe wrażenie. że któregoś pięknego dnia poddam sie w końcu potrzebie snu i będę musiała się gęsto tłumaczyć. że rozboli brzuszek, paluszek lub główka. że wszystko będzie nie tak... ok, bez takich. ale naprawdę - w środku się motywuję, walcze ze starym porządkiem, w którym poranek zaczynał się, kiedy po prostu otworzyłam oczy, albo nawet kilka godzin później. jak zwykle, gdy chodzi o codzienność - boję się, że nie spełnie czyiś oczekiwań, albo zgubię gdzieś po drodze sens i wiarę w to, że moje decyzje były dobre. ale póki co staram się wierzyć, że ze wszystkim sobie poradzę i w końcu będę z siebie dumna. zresztą - czy mam jakieś inne wyjście??
w końcu nie jestem jeszcze tak, na maksa straconej pozycji. na sukcesy napewno przyjdze czas, choć obserwując ludzi wokół - mało, kto je odnosi. jednak moja, jeszcze - dziecięca - choć już nie nastoletnia - naiwność podpowiada mi, że chcieć to móc.
trzeba tylko pokochać swoją samotność - już nie mój chłopak, koleżanka, kolega, mama, tata, kot - tylko - ja. ja, sama, choćbym nie wiem jak wielu miałabym wokół siebie życzliwych bądź nie osób. wszystko tylko ode mnie zależy - mnie, samej.
koleżanki, koledzy i inni tacy zresztą ukształtował upływający czas, pewnie bardziej niżby wszyscy sobie tego życzyli. ale życie. te, którym zazdrościłam super-zajebistych związków, które podziwiałam za zasady, przekreślają je wielokrotnymi zdradami, z nudów, z nieporozumień, niedomówień lub z powodu dawni wygasłego uczucia. nieważne, zresztą. teraz wiem, że nie zazdrościłam im ich związków, tylko tego, że w ogóle z kimś były, bo miałam wtedy 16 lat. właśnie tak - to wszystko się zmienia. cierpiałam miesiącami kiedyś i wyłam z samotności, a dziś to sobie cenię, bo miałam okazję stworzyć własną perspektywę widzenia świata, przeżyć to co przeżyłam - sama, dotknąć własnych granic( a nie jakiś wspólnych), nienawidziłam siebie, a dziś dobrze się ze sobą czuję - te kilka osób w życiu nie jest mi kompletnie niezbędnych. ktoś obok nie jest tylko po to by podbudować ego lub pokazać się na mieście. jest czymś... o wiele ważniejszym i zupełnie innym.
ja to wiem, że byłam dzieckiem oczekiwanym - pomimo wątpliwości, nastoletniości, która była dość burzliwa, i chwilami nawet przykra. moi rodzice na mnie czekali. nie wyobrażam sobie myśli czy nawet szeptu podświadomości, że moje istnienie jest przez przypadek. dlatego przeraża mnie liczba dzieci w moim otoczeniu - matek 17,18,19,20... letnich. wcale nie bulwersuje, choć niedługo nie będę miała z kim napić się wódki, bo wszyscy będą karmić piersią. macierzyństwo to chyba jakieś 5 lub 6 wymiar rzeczywistości, albo i lepiej jak dla mnie. przy tym to nawet ranne wstawanie, dyspozycyjność i praca wydają się mieć mało wspólnego z odpowiedzialnością. i - "muszę" - też brzmi trochę inaczej. przy pierwszym i drugim dzidzi chyba nawet obudził się mój biologiczny zegar, bo zazdrościłam tej intymnej więzi z dzieckiem moim koleżanką. ale już przy czwartym i piątym przestałam się ekscytować kwestią czy to chłopiec czy dziewczynka i ten zegar - miejmy nadzieję, że na długo - zasnął. i wcale nie chodzi o to, że już nie lubię dzieci. lubię, i chciałabym wiedzieć, że wyrosną z nich ludzie dobrzy, którzy nie będą ranić wszystkich dookoła, jak leci. że będą kochać siebie, a nie zastanawiać się jak bardzo rodzice byli najebani, w momencie, gdy powstawało.
wcale nie oceniam nikogo ani nie krytykuje i nie narzekam - to w końcu nie moje życie i nie moja młodość. naprawdę podziwiam wszystkie młode dziewczyny, które w takiej sytuacji potrafią dać sobie radę, odnaleźć się w roli matki i znaleźć sobie miejsce w życiu; bo myślę, że sama byłabym nie tylko zagubiona, ale i zdezorientowana, niepewna jutra.

Komentuj(0)

ZAGŁOSUJ NA MNIE W RANKINGU EBLOG.PL
klik klik






Opcje


Strona Główna
Księga Gości
O mnie
Archiwum


graficzna księga gości - więc chodź pomaluj mój świat... :)

Linki

smak chwili i jej ulotność, pogoń za marzeniami, czasem, kolejną szansą, i mnóstwem tych rzeczy, które wydają się strasznie ważne. mój zakątek internetowego świata, w którym jedyne co mam to słowa. efekt nieprzespanych nocy, i kilku wieczorów z kubkiem gorącej herbaty/zimnej wódki w dłoni, i obłokach dymu w okół. zapraszam.


Zagłosuj na tę stronę w rankingu eBlog.pl

Linki


mala__czarna.eblog.pl

Za-daleko-niebo
Niebo za daleko...
za-co-on-sie-obrazil.blog.pl
za co on się obraził?
panna Elizabeth
to dobrze, że wciąż istnieją takie osoby
wolna.eblog.pl

silna kobieta.blog.onet.pl
Ananasek
ayame89.eblog.pl
Ayame
zakazany_owoc.eblog.pl

starving for perfection

nigdywzyciu.eblog.pl

Div

Spiriteek

Kofeina



Archiwum



2012
Maj 
Kwiecień 
Marzec 
Luty 
Styczeń
2011
Grudzień 
Listopad 
Październik 
Wrzesień 
Sierpień 
Lipiec 
Czerwiec 
Maj 
Kwiecień 
Marzec 
Luty 
Styczeń
2010
Grudzień 
Listopad 
Październik 
Wrzesień 
Sierpień 
Lipiec 
Czerwiec 
Maj 
Kwiecień 
Marzec 
Luty 
Styczeń
2009
Grudzień 
Listopad 
Październik 
Wrzesień 
Sierpień 
Lipiec 
Czerwiec 
Maj 
Kwiecień 
Marzec 
Luty 
Styczeń
2008
Grudzień 
Listopad 
Październik 
Wrzesień 
Sierpień 
Lipiec 
Czerwiec 
Maj 
Kwiecień 
Marzec 
Luty 
Styczeń
2007
Grudzień 
Listopad 
Październik 
Wrzesień 
Sierpień 
Lipiec 
Czerwiec 
Maj 
Kwiecień 
Marzec 
Luty 
Styczeń

Info

Tekst bloga napisany przez papierosnica. Szablon pochodzi ze strony Clothes, a zrobiła go Blair. Zdjęcie tańczącej kobiety pochodzi z Foto Decadent, a pattern z Squidfingers. Brushe wzięte w większości z Ancient Secret.